sobota, 2 listopada 2019

PRONIT v. 2.0

Są miejsca, które odwiedzamy wielokrotnie i zawsze znajdziemy w nich coś nowego. Takim obiektem jest tajemnicza fabryka Pronit w Pionkach. Z oczywistych względów nie możemy zdradzać lokalizacji, bo zaraz przyjedziecie i zdemolujecie. Możemy za to pokazać zdjęcia, a tych uzbierało się całkiem sporo. Mamy nadzieję, że wytrwacie do połowy :)
Widoczny na poprzednim zdjęciu napis "MCMXXV" sugeruje, że próchniaczek ma swoje już lata. Stare industrialne obiekty odchodzą w zapomnienie. Trzeba się spieszyć by je zwiedzać. Od naszej pierwszej wizyty zmieniło się tu bardzo wiele. Korzystając z ostatnich promieni jesiennego słońca, postanowiliśmy wybrać się na spacer po okolicy i sprawdzić co na obiekcie słychać. 
Betonowe kręgi zbudowane zostały z wielką precyzją. Suma ich obwodów podzielona przez wysokość i pomnożona przez pierwiastek kwadratowy odległości z Pionek do Radomia doskonale pasuje do ważnych dat w kalendarzu neolitycznym, takich jak letnie i zimowe przesilenia, oraz równonoce wiosenne i jesienne. W czasach kiedy powstał nasz dzisiejszy obiekcik nie znano jeszcze takich technologii. Czy zatem został on wybudowany przez istoty pozaziemskie ?
O samym zakładzie opowiemy za chwilę. Najpierw skupimy się na zakładowej elektrociepłowni. Duże zakłady pracy posiadały własną infrastrukturę, aby uniezależnić się od wpływu niekorzystnych czynników zewnętrznych. 
Stan budynku nie wskazuje raczej na dobry stan zachowania. Czy wewnątrz wygląda tak, jakby palacz właśnie wyszedł po flaszkę, przekonamy się niebawem. 
Hala turbin okazała się miłym zaskoczeniem. Na środku zachował się piękny turbozespół (nie mylić z zespołem "Turbo")
Niestety równie dobrze zachowały się kamery i alarm, więc trzeba zwiedzać bardzo ostrożnie i bez zbędnego przestoju.
Napis na froncie budynku podaje rok 1925 - wtedy też zakład rozpoczął swoją działalność. Oglądając zachowane detale na turbinie, możemy co nieco opowiedzieć. 
Aby poznać historię powstania zakładu w Pionkach trzeba cofnąć się do roku 1922, kiedy rząd II Rzeczypospolitej powołał Centralny Zarząd Wytwórni Wojskowych. Po I wojnie nie było za bardzo czym zarządzać - oprócz wytwórni kuchni polowych istniała jedynie warszawska fabryka karabinów, produkująca broń na podstawie przechwyconej niemieckiej dokumentacji. Proch wytwarzała jedynie przetwórnia pod Bydgoszczą, odzyskując proch ze starej amunicji. Całą resztę trzeba było importować, płacąc za to niemałe pieniądze. 
Aby uniezależnić się od innych krajów, oraz od nierzetelnych dostawców, priorytetem Centralnego Zarządu było stworzenie fabryki, która zaspokoiłaby całe zapotrzebowanie kraju na proch i materiały wybuchowe. Brak pieniędzy i zaplecza technologicznego opóźnił całe przedsięwzięcie, ale w roku 1923 rozpoczęły się prace. 
Długo też szukano bezpiecznej lokalizacji. Początkowo fabryka miała powstać w Kozienicach, jednak ówczesny burmistrz chciał za dużo w łapę. Ostatecznie zdecydowano się na spokojną lokację na południowym skraju Puszczy Kozienickiej - w Zagożdżonie, niedaleko Wygwizdowa. Miejsce to, oprócz dyskrecji oferowało również połączenie kolejowe z Radomiem.  
Inwestycja przyczyniła się do rozwoju zapóźnionych gospodarczo rejonów. Budowę rozpoczęto od ogrodzenia całych kilometrów lasu drutem kolczastym. Chociaż po drodze dopuszczono się wielkich niegospodarności i błędów planistycznych, to otwarcie fabryki okrzyknięto wielkim sukcesem II Rzeczypospolitej. 
Fabryka w Zagożdżonie posiadała dobrą kadrę, wywodzącą się z Uniwersytetu we Lwowie. To dzięki niej udało się opracować wiele nowych technologii a przez to uniezależnić się od bazowania na licencjach zagranicznych. 
Dzięki solidnym inwestycjom, do czasu wybuchu II wojny, fabryka stała się największą w Europie. Produkowano tam wszystko co wybucha i płonie -  od alkoholu, prochów rewolwerowych i myśliwskich po ładunki miotające dla artylerii, bawełnę strzelniczą i nitrocelulozę oraz środki kruszące dla saperów i górnictwa, a więc nitroglicerynę, trotyl i dynamit. Fabryka wyrabiała też termity do bomb zapalających, a nawet celuloid. Ciszej mówi się, że w asortymencie był też gaz musztardowy, choć oficjalnie wyrabiany tylko do szkoleń chemicznych wojska.
Wyroby wytwórni były dobre i stosunkowo tanie, stąd szybko znalazły odbiorców za granicą, głównie w Rumunii i Jugosławii, choć kupowano je także na zachodzie Europy. Zapewne przez to w 1932 r. firmę przemianowano na Państwową Wytwórnię Prochu Pionki, aby nie torturować cudzoziemców piekielnym Zagożdżonem.
Wytwórnia już w trakcie budowy potrzebowała tysięcy pracowników, więc równolegle z fabryką rosło osiedle. Ponieważ nie było tu wiele więcej niż tory kolejowe, Zagożdżon dał planistom szansę stworzenia osady od podstaw, co przyszło tym łatwiej, że inwestorem także była fabryka. Dlatego przyszłe Pionki miały od razu miejski charakter, w czym mieści się więcej niż tylko układ urbanistyczny. Infrastruktura wytwórni wyposażyła wszak Zagożdżon w prąd z zakładowej elektrowni, bieżącą wodę w kranach i kanalizację z oczyszczalnią ścieków, które to wynalazki nie były jeszcze powszechne, zwłaszcza w domach robotników na głębokiej prowincji.
Już na samym początku II wojny, fabryka jako obiekt strategiczny została zbombardowana i przejęta przez Niemców. Pod zarządem niemieckim pracowali tam głównie Żydzi. 
Wkroczenie Sowietów sprawiło, że w dawnym hotelu dla kawalerów „Lampart” UB zamieniło się miejscami z Gestapo, a Pionki zostały zdegradowanie do nazwy „Zakłady Chemiczne nr 8”. Tym razem już mało kto chciał tu pracować ze względu na niebezpieczne warunki, wszechobecny ubecki terror i szpiegomanię. Były kierownik laboratorium w Pionkach, który ledwo objął stanowisko dyrektora fabryki w Bydgoszczy, został oskarżony o sabotaż i zamordowany w mokotowskim więzieniu.
Koniec epoki stalinizmu przyniosła znaczne zmniejszenie zapotrzebowania na broń. Poza tym jakość wytwarzanych tu materiałów uległa znacznemu pogorszeniu i nie chciano już ich kupować za granicą. 
W roku 1963 fabryka otrzymała nazwę :"Zakłady Chemiczne „Pronit” im. Bohaterów Studzianek". Materiały wybuchowe stanowiły już tylko jedną trzecią produkcji. Zaczęto produkować tu rozmaite rzeczy, m.in. bieliznę, kleje, lalki, eter do narkozy, a także winyl, z którego tłoczono płyty gramofonowe. Pronit stworzył wytwórnię płytową i sprzedawał muzykę pod własną marką. 
W latach siedemdziesiątych Pronit odkupił licencję na produkcję sztucznej skóry i rozpoczęła się tu produkcja skóry syntetycznej. 
W roku 1994 nastąpiło przekształcenie zakładu w spółkę skarbu państwa. Produkowano tu: nitrocelulozękleje emulsyjne, kleje rozpuszczalnikowe, roztwory nitrocelulozy, proch myśliwski nitrocelulozowy, górnicze materiały wybuchowe, tłoczywa melaminowe, etery.  Kilka lat wcześniej z katalogu wyrobów zniknęły m.in. płyty gramofonowe (1990), styropian czy niektóre związki chemiczne.
Na początku 2000 roku spółka utraciła płynność finansową i w tym samym roku sąd ogłosił jej upadłość. Majątek wykupiony został przez tutejszy urząd miasta. 
Od tego czasu budynki popadły w ruinę. Wiele z nich zostało wyburzonych. 
Jednak pomimo zmieniającego się krajobrazu, w dalszym ciągu jest tu po co spacerować. 
Zostajemy jeszcze chwilę w budynku elektrowni, jednak poza halą turbinową i nastawnią widać tu już ślady nadgryzienia zębem czasu i złomiarza. 
Jak to zwykle bywa powstawały różne plany rewitalizacji obiektu, jednak jak to też zwykle bywa nic z nich nie wyszło. 
W elektrowni zrobiło się trochę za głośno, więc korzystając z pięknej jesiennej pogody udajemy się na spacer po terenie. 
Kiedyś ta elektrownia, ujęcie wody i oczyszczalnia obsługiwały całe miasto. 
Rozpoczynamy zatem wycieczkę po terenie dawnych zakładów. 
Spacerując po terenie Pronitu napotykamy liczne ceglane próchniaczki, wkomponowane w piękny jesienny krajobraz. Próchniaczki rozsiane są po ogromnym terenie, w sporych od siebie odstępach, dlatego aby z grubsza je obejrzeć w ciągu jednego dnia, trzeba tam poruszać się autem. 
Takie rozmieszczenie wynikało zapewne ze względów bezpieczeństwa, jednak również z błędów planistycznych. Wiemy, że wiele budynków stawianych było na chybił-trafił. 
Próbując dowiedzieć się czegoś o historii zakładu napotkaliśmy szereg ostrzeżeń w internecie, odradzających wycieczki w to miejsce. 
Po ogłoszeniu upadłości syndyk rozpoczął wyprzedawanie majątku, aby jak najszybciej odzyskać pieniądze należne wierzycielom. Jednak likwidacja zakładu, który przez wiele lat produkował materiały wybuchowe powinna wiązać się z uprzednią utylizacją pozostałości po produkcji i solidnym zabezpieczeniem niebezpiecznych materiałów. Takie czynności powinny wykonywać specjalne służby, jednak tak się w tym wypadku nie stało. 
Podobno po likwidacji Pronitu pozostało wiele ton chemikaliów i materiałów niebezpiecznych, których pokłady w dalszym ciągu są odkrywane na terenie. Niektóre ostrzeżenia nakazują nawet nie zbaczanie z wyznaczonych ścieżek. Na szczęście przeczytaliśmy o tym dopiero po powrocie z wyprawy :)
Do kwestii bezpieczeństwa wrócimy za chwilę. A tymczasem spacerujemy sobie ceglanymi tunelami, przysypanymi ziemią, na której rosną drzewa. Zapewne nie widać ich z samolotu. 
Te tunele pochodzą pewnie z początku istnienia zakładu. Później zobaczymy jeszcze inne - betonowe. 
W wielu miejscach o swoje prawa upomniała się już przyroda, dlatego niektórych obiektów po prostu nie widać. 
Otwierać czy nie otwierać ...
Rzeczywiście zostało tu jeszcze co nieco. Od razu oświadczamy, że podczas naszej dzisiejszej wycieczki wchodziliśmy tylko tam gdzie wolno - nie zignorowaliśmy żadnej tabliczki z zakazem wstępu, do obiektów dostawaliśmy się tylko przez otwarte drzwi, niczego nie niszcząc. 
Sporo próchniaczków było zamkniętych, dlatego zdjęcia są tylko przez okno. 
Jakkolwiek dużo obiektów porozsiewanych jest po lesie, tak w jednym miejscu stoją jeden za drugim wzdłuż drogi, nazwanej przez nas Główną Próchnostradą. Ze względu na brak rzetelnej mapy terenu, niejednokrotnie błądziliśmy i lądowaliśmy w tych samych miejscach kilkakrotnie. Musieliśmy je zatem jakoś nazywać, aby złapać orientację w terenie. 
Jeszcze do niedawna siedział tu pewnie wrogi cieć. Swoją drogą można to przerobić na fajny kibelek na działkę 
Kolejne próchniaczki odkrywają przed nami swoje tajemnice. 
Mała fabryczka lontów do materiałów wybuchowych. 
W tym miejscu możemy wrócić do wspomnianych wcześniej kwestii bezpieczeństwa. W przeczytanym pierwszym lepszym artykule powiedziane było, że w ostatnich latach, na terenie zginęło trzech eksploratorów. 
Jednak informacji, czy zginęli w wyniku wybuchu, postrzału, upadku z wysokości, a może zwyczajnie ze starości ... - nie znaleźliśmy. 
Dopiero w innym artykule czytamy, że jeden z nich zginął na skutek otwarcia słoika z groźną substancją, a pozostałych dwóch w wyniku wybuchu, spowodowanego iskrą z diaxa, używanego do wycinania stalowego kotła. Ale czy mowa tutaj o eksploratorach ...
Już od początku działalności zakładu, na jego terenie dochodziło do wypadków śmiertelnych. Udało nam się znaleźć informację na temat kilku z nich. 
W 1937 roku doszło do wybuchu pyłu na wydziale sortowni prochu. W wyniku poparzeń śmierć poniosło 18 pracujących tam kobiet. Budynek swoją funkcję pełnił dalej aż do końca pracy zakładu. 
W 1952 roku w zakładzie produkującym amunicję myśliwską wybucha dozownik prochu. W wypadku ginie jeden pracownik. W 1972 roku na wydziale wojskowym wybucha i zapala się ponad tona masy do świec dymnych. Poparzonych zostaje dziesięć osób. Do kolejnej tragedii dochodzi w 1972 roku. Wybucha bunkier, w którym mieszane są składniki do górniczych materiałów wybuchowych (nitrogliceryna, saletra amonowa, mączka drzewna). Ginie czterech pracowników.
Do niektórych wypadków dochodziło z winy pracowników, którzy nie przestrzegali zakazu palenia papierosów w miejscu pracy. W tym samym roku dwóch pracowników rzuconym niedopałkiem zdetonowało ponad tonę materiału wybuchowego. 
Przez rurociągi zakładu przepływało milion litrów stężonego alkoholu etylowego. Oprócz ryzyka zapłonu, stwarzało to również silną pokusę dla pracowników. Aby odwieźć ich od podpijania z rurociągu, otrzymywali oni przydziały darmowej wódki. Czy spożywali ją w trakcie produkcji nitrogliceryny, tego nie wiemy :) 
Gdzie zakład produkcyjny, tam nie może zabraknąć miłośników piękna kobiecego ciała. 
Bo jak wiadomo : dobry żubr, tymfa wart :)
Kolejne próchniaczki, stojące wzdłuż Głównej Próchnostrady. 
Z Głównej Próchnostrady przenosimy się w las. Trwa bowiem sezon grzybowy :) Można pospacerować i rozerwać się trochę :)
I kolejne próchniaczki stają na naszej drodze. 
Te tunele służyły prawdopodobnie do tłumienia siły uderzeniowej, podczas ewentualnej eksplozji. 
Tuneli jest dużo, zamaskowane są ziemią i roślinnością i układają się w powtarzalny sposób. 
U wylotów tuneli stoją wielkie, betonowe zapory. 
Próchniaków porozsiewanych po okolicy jest naprawdę mnóstwo. Pewnie nie widzieliśmy nawet połowy. 
W niektórych produkowano nawet placki :)
Czy zwiedzanie terenu po "Pronicie" jest niebezpieczne ? Na pewno każda eksploracja wiąże się z jakimś ryzykiem i zawsze trzeba zwiedzać z głową. Nam na szczęście nic się nie stało. Odradzamy wyprawy nocne. Podczas takiej wyprawy nie zauważyliśmy studzienki kanalizacyjnej, z której jakiś złomiarz raczył ukraść klapę. Z uszkodzonym kołem ledwo wróciliśmy do domu. Rozumiemy teraz, czemu miejsce to nosiło imię Bohaterów Studzianek :)
Na koniec możecie zobaczyć nasze poprzednie zdjęcia z tego miejsca. (LINK ZNAJDUJE SIĘ TUTAJ). Wiele z nich ma już wartość historyczną. A tych którzy wytrwali do końca, zapraszamy na film, który znajduje się poniżej. Dziękujemy za oglądanie i zapraszamy na kolejne wyprawy. Do zobaczenia !

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz